czwartek, 11 czerwca 2015

WIEK ADALINE (2015) / The Age of Adaline

    Zdecydowałem, choć od samego początku wypełniały mnie wątpliwości, obejrzę „Wiek Adaline”. Nie wiem, co mnie podkusiło. Być może wyszedłem z założenia co mnie nie zabije, to wzmocni – choć to przecież nieprawda. Jak się zresztą okazało twórcy Adaline potraktowali tę metaforę dość dosłownie, no ale zacznijmy od początku.

Jakiś czas temu znajoma zagadnęła mnie:

− Widziałeś „Wiek Adaline”?
− Yyy, romasidło?
− Nieee... no może trochę. Można powiedzieć, że w klimacie Benjamina Buttona („Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”). Faajneee.

Hmm całkiem niezła rekomendacja – pomyślałem. No i stało się. Obejrzałem „Wiek Adaline”.

    Zacznijmy od Buttona. Ile właściwie w Adaline jest jego przypadków? Przede wszystkim odtwórczyni tytułowej Adaline nie jest Bradem Pittem. To dobrze, bo wygląda, jak na mój gust, lepiej, ale za to gra już nieco gorzej, więc chyba jednak wolę Pitta. No, ale idźmy dalej. Podobnie jak to miało miejsce w Ciekawym przypadku Benjamina Buttona autorzy zdecydowali się zainstalować narratora. Sposób jego wdrożenia budzi jednak moje wątpliwości. Innymi słowy, choć jest przydatny, miałem wrażenie, że wtłoczono go tam na siłę, by uzyskać swego rodzaju klimat owianej tajemniczą aurą opowieści. Wyszło trochę nienaturalnie. Jest i Adaline, która cierpi na pewną osobliwą przypadłość.

​    Co z tą Adaline? Właściwie wszystko w normie. Przynajmniej do momentu, gdy pewnego razu, przydarza się jej dość nieoczekiwana historia. Niecodzienne zdarzenie z pogranicza magii – jak opisuje zaistniałą sytuację narrator. Otóż spada śnieg. Nie byłoby w tym właściwie nic nadzwyczajnego, bo przecież śnieg ma raczej w zwyczaju spadać, ale w Kalifornii już nie tak często. Tak więc, zaskoczona owym stanem rzeczy Adaline, a tak się niefortunnie składa, że podróżuje akurat samochodem, traci panowanie nad pojazdem. Auto zboczywszy z drogi spada z urwiska wprost do pobliskiej sadzawki, by następnie – jak to zwykle w tego rodzaju sytuacjach bywa – zostać porażone piorunem. Wskutek splotu tychże okoliczności proces starzenia się Adaline zostaje zatrzymany – no tak, co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Nasza bohaterka zyskuje również inne super moce. No dobrze, poniosło mnie z tymi mocami – ale sami chyba przyznacie, że brzmi to jak narodziny kolejnego super mocarza w uniwersum Marvela.

    Niestarzenie się bywa problematyczne. Można wpaść na zazdrosną przyjaciółkę, podejrzliwego policjanta lub, co gorsza, agentów FBI usiłujących zatrzymać naszą bohaterkę, by uczynić z niej obiekt badań. Adaline zmuszona jest zatem do życia w ukryciu. Pewnego razu spotyka jednak młodego, przystojnego, szarmanckiego, bogatego, wrażliwego, inteligentnego faceta, który na dodatek potrafi gotować i majsterkuje. Adaline nie ma więc wyboru. Zakochuje się. Wychodząc naprzeciw Waszym wątpliwościom: tak to autentyczny wycinek fabuły filmu.

    „Wiek Adaline” to obraz momentami śmieszny, innym razem natomiast smutny, choć w obu przypadkach niekoniecznie w zamierzony przez autorów sposób. Znajdziemy w nim wyłącznie postacie  ciepłe, miłe i dobre, którym nieobce są patetyczne monologi. Wykreowany tu świat jest tak dalece  o d n a t u r a l n i o n y, że nawet weterynarz informując o konieczności uśpienia zwierzątka Adaline, czyni to w sposób poetycki. Nade wszystko jednak jest to film dość przewidywalny i nudny. Dobrnąwszy do jego połowy wiłem się w sobie na myśl o tym, co może mnie jeszcze czekać, po głowie krążyło mi natomiast: nie jesteś Adaline, nie jesteś Adaline, z każdą minutą oglądania tracisz minutę życia. Wytrwałem, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. Czy było warto? Nie. Co prawda, w dalszej części pojawił się Harrison Ford, który wciąż jest znakomitym aktorem i uratował nieco całą sytuację. Nie wystarczyło to jednak, by „Wiek Adaline” móc nazwać dobrym filmem. 

    Adaline to do bólu schematyczne romansidło, choć trzeba przyznać, że trochę pokręcone. To film dość kiepski i raczej nieudany, lecz zwolennicy gatunku – a w szczególności płeć piękna :) – odnajdą w nim z całą pewnością dziesiątki ckliwych powodów, by myśleć inaczej.

sobota, 6 czerwca 2015

TAJEMNICE WIELKIEGO MUZEUM, reż. J. Holzhausen, Austria 2014

Film w sposób interesujący, czasami nawet żartobliwy przedstawia codzienność pracowników wiedeńskiego Muzeum Historii Sztuki.
Dokument J. Holzhausena pozbawiony jest wywiadów, komentarzy z offu, czy ścieżki dźwiękowej. Reżyser skupia się na bezpośredniej obserwacji i dzięki temu widz zagląda w każdy kąt i najmniejszy zakamarek tej instytucji. Poznajemy takie miejsca, które na co dzień są niedostępne dla zwiedzających.  



Tajemnice wielkiego muzeum poznajemy w momencie prac modernizacyjnych jednej z galerii – Kunstkammer. Muzeum to nie tylko bezcenne zbiory i eksponaty, ale również praca ludzi, dzięki której instytucja staje się miejscem atrakcyjnym dla zwiedzających turystów.
Reżyser Holzhausen pracował nad tym filmem dokumentalnym ponad 2 lata. I tak poznajemy cały zespół pracowników muzeum, który stanowi złożony łańcuch, w którym każdy jego element jest tak samo istotny dla sprawnego funkcjonowania całej instytucji. Od dyrektora zarządzającego po konserwatorów, dostawców i historyków sztuki.

Dokument pokazuje, że przedmioty nigdy nie istnieją w izolacji, ale zawsze w kontekście czyjejś pracy. Pokazanie tych eksponatów poprzedzała praca konkretnych osób. Reżyser nie tłumaczy nam, czym jest sztuka, ale ukazuje to, w jaki sposób może być ona zaprezentowana. Przedstawia cały proces koncepcyjny, który poprzedza daną prezentację.

Kamera ze szczególną uwagą śledzi małe dramaty poszczególnych osób, które często w pocie czoła pracują nad eksponatem. W ten sposób poznajemy konserwatora, który odkrywa, że jedno z dzieł Rubensa było kilkakrotnie przemalowywane. Być może niekoniecznie przez samego autora. Inny konserwator dosłownie wylewa siódme poty nad czyszczeniem i złożeniem statku wojennego.
Podglądamy nie tylko pracę konserwatorów, ale także zebranie zespołu zarządzającego, podczas którego jednym z dramatyczniejszych momentów jest gorąca dyskusja nad wyborem czcionki, która ma zmienić wizerunek muzeum na bardziej nowoczesny. Reżyser porusza kwestie dotyczące dostosowania działań związanych z zarządzaniem i promocją przy jednoczesnym pielęgnowaniu wartości istotnych z punktu widzenia dziedzictwa europejskiego. Stawia też pytanie, jaką rolę ma pełnić muzeum w kształtowaniu tożsamości narodowej.

Poznajemy Muzeum Historii Sztuki od kuchni. Odkrywamy kilka ciekawych przypadków, ale poza tym, nie dzieje się nic więcej. Nie dowiadujemy się niczego o poszczególnych pracownikach. Nie ma dramatyzmu. Brakuje zaskoczenia. Obserwujemy tych ludzi wyłącznie w trakcie pracy, która wykonywana jest w całkowitej ciszy i skupieniu, co w pewnym momencie może stać się dla widza nudne. Często ci ludzie, którzy stanowią integralną część tej instytucji, nie znają siebie nawzajem. Wydaje się, że są oni pozbawieni własnych historii. Jednak dość precyzyjne ujęcia kamery i przemyślany montaż odwzorowują atmosferę miejsca.



Film dokumentalny Tajemnice wielkiego muzeum otrzymał Nagrodę Caligari na MFF w Berlinie 2014 oraz Austriacką Nagrodę Filmową 2015 za najlepszy dokument.







czwartek, 4 czerwca 2015

TAXI TEHERAN W KINIE ORZEŁ

Taxi Teheran to intrygująca historia prosto z Bliskiego Wschodu. Jafar Panahi, znany irański reżyser, otrzymał od władz swojego kraju zakaz kręcenia filmów przez najbliższych 20 lat. Czy może być coś gorszego dla artysty? Mimo to Panahi nie poddaje się i znajduje sposoby, aby zaprezentować swoje dzieła publiczności na całym świecie. Najnowsze z nich nagrał małą kamerką, umieszczoną na desce rozdzielczej auta. Chałupnicza metoda i quasi-dokumentalny sznyt nadają obrazowi autentyzmu i pozwalają lepiej sobie wyobrazić sytuację osaczonych bohaterów.


Film rozpoczyna się od długiego ujęcia zza przedniej szyby samochodu. Przez parę chwil obserwujemy ruchliwą teherańską ulicę. Po pewnym czasie taksówka, którą prowadzi sam reżyser, rusza, zaraz wsiądą pasażerowie. Początkowe sceny od razu wprowadzają widza w specyficzną poetykę filmu, którego akcja ani na moment nie opuści wnętrza pojazdu. Efekt jest dość klaustrofobiczny - zamknięcie w tak niewielkiej przestrzeni dobrze oddaje duszną atmosferę republiki islamskiej, w której obowiązuje prawo szariatu, a wolność słowa nie istnieje.

Taksówka to swego rodzaju azyl Panahiego, stanowi jedyne bezpieczne miejsce, gdzie w miarę swobodnie może porozmawiać z przyjaciółmi, znajomymi bądź zupełnie obcymi ludźmi. Przypadkowe opowieści stopniowo odkrywają prawdziwe oblicze Iranu. Mimochodem wspomina się o licznych egzekucjach („tylko Chiny przeprowadzają ich więcej od nas”) czy represjach wobec kobiet, które chciały kibicować na stadionie, a skończyły w sali więziennej. Rozmowy co jakiś czas krążą wokół kinematografii: ktoś rozpoznaje reżysera, ktoś inny sprzedaje nielegalne płyty z zachodnimi produkcjami. Taxi Teheran pozwala wczuć się w rolę studenta szkoły filmowej, który uczy się zawodu reżysera, nie mając jednocześnie dostępu do najbardziej klasycznych pozycji. O tym, jak trudno nakręcić cokolwiek w Iranie, dowiadujemy się bezpośrednio od rezolutnej siostrzenicy reżysera, która opowiada, czego nauczyła się w szkole. Dziewczynka odczytuje z zeszytu całą listę zakazów, jakimi władze objęły dziesiątą muzę. Reżyser swoim obrazem protestuje przeciwko absurdalnym i praktycznie niemożliwym do spełnienia wytycznym, które dławią irańską sztukę filmową.

Choć brzmi to wszystko niezwykle poważnie, w filmie nie brakuje humoru i pogodnych akcentów, głównie dzięki postaci wygadanej siostrzenicy (Hana Saeidi). Panahi wnikliwie obserwuje otaczającą go rzeczywistość, której przygląda się z godnym podziwu spokojem i pogodą ducha. Ciekawi forma: zamazuje się granica między fikcją a dokumentem, oba rodzaje przenikają się i tworzą zaskakującą całość. Chwilami trudno się zorientować, czy oglądane wydarzenia dzieją się naprawdę, za co słowa uznania należą się aktorom. Reżyser urozmaica nieco zdjęcia poprzez sięgnięcie do najnowszych osiągnięć techniki: wprowadza obrazy z pozycji współpasażera, rejestrowane telefonem, aparatem oraz tabletem. 

Film został nagrodzony Złotym Niedźwiedziem podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie. Jeśli chcecie dowiedzieć się, czym Irańczyk ujął światową publiczność, zapraszamy do Kina Orzeł.

Planowane seanse:
 5, 7 czerwca godz. 18.00,  
15, 16 czerwca godz. 20.00,
17 czerwca godz. 20:30.

piątek, 29 maja 2015

Dzień Dziecka z Astrid Lindgren w KINIE ORZEŁ


Kto z nas w dzieciństwie nie czytał powieści o przygodach 'Dzieci z Bullerbyn'. Nie czytałeś? Zatem na pewno widziałeś choć jeden film o tych bohaterach. Teraz będziesz miał niepowtarzalną okazję zobaczyć go na wielkim ekranie.

Z okazji Dnia Dziecka w ponad 20 miastach w Polsce (w tym w Kinie Orzeł) odbędzie się niezwykłe wydarzenie, które będzie swoistym „powrotem do przeszłości”. Przez pięć dni w naszym kinie będzie odbywał się Przegląd Filmów z Bohaterami Astrid Lindgren. Ta znana na całym świecie szwedzka pisarka, stała się autorką uwielbianych nie tylko przez dzieci powieści. Są one czytane i uwielbiane przez kolejne pokolenia, a historie, które - charakteryzują się sporą dawką życiowych mądrości, bawią i wzruszają czytelników bez względu na wiek.

W nadchodzących dniach dorośli będą mogli przenieść się do czasów dzieciństwa, a młodsi widzowie zapoznać się z adaptacjami opowiadań znanych dzięki szkole i rodzicom. Zobaczymy aż 13 filmów z czego każdy jest familijną przygodą, którą warto przeżyć ze swoimi pociechami z okazji ich święta.


REPERTUAR PRZEGLĄDU: 

30.05.
g. 15.00 NILS PALUSZEK
g. 17.00 DZIECI Z BULLERBYN

31.05.
g. 10.00 MADIKA Z CZERWCOWEGO WZGÓRZA
g. 11.30 NOWE PRZYGODY DZIECI Z BULLERBYN
g. 13.30 RAZMUS WŁÓCZĘGA

01.06. DZIEŃ DZIECKA
g. 11.00 DZIECI Z BULLERBYN
g. 12.45 RONJA, CÓRKA ZBÓJNIKA
g. 15.30 DZIECI Z BULLERBYN
g. 17.15 RONJA, CÓRKA ZBÓJNIKA

02.06.
g. 12.00 NILS PALUSZEK
g. 14.00 MADIKA Z CZERWCOWEGO WZGÓRZA

03.06.
g. 10.00 NOWE PRZYGODY DZIECI Z BULLERBYN
g. 12.00 RAZMUS WŁÓCZĘGA

Cena biletu 10 zł.

Serdecznie zapraszamy!

sobota, 23 maja 2015

WIZYTA (2014)/ 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FF BYDGOSZCZ

Wyobraź sobie, że pewnego spokojnego, przeciętnego dnia – i nie jest to dzień, gdy obchodzimy akurat prima aprilis – na naszej planecie lądują kosmici. To raczej dość niecodzienna sytuacja. W jaki sposób powinniśmy się więc zachować? W jaki sposób powinien zareagować świat, który wskutek tego zdarzenia nie będzie już przecież od tej pory tym samym, dobrze nam znanym, miejscem. Odpowiedzi, na te pytania, próbują znaleźć twórcy filmu "Wizyta". 

 Na początek ustalmy może jednak dwie rzeczy. Jak to właściwie jest z tymi kosmitami? Niektórzy przecież twierdzą, że już tu są, bo ich wiedzieli, a nawet byli przez nich porwani. Tymczasem inni, nieszczególnie dają tym rewelacją wiarę. No więc, czy do tej pory odnotowano jakąkolwiek formę kontaktu z gwiezdnymi przybyszami? Autorzy filmu uspokajają, że nie. Pozostaje jednak jeszcze druga kwestia. Czy jesteśmy w jakiś sposób na taką ewentualność przygotowani? Nikt chyba nie będzie szczególnie zaskoczony, gdy powiem, że odpowiedz na to pytanie również brzmi nie. Scenariusz lądowania na naszej planecie kosmicznego pojazdu obcej cywilizacji jest jednak, dla większości z nas, tak dalece nieprawdopodobny, że tego rodzaju przygotowania wydają nam się co najwyżej zbędne, o ile nie kompletnie absurdalne. Twórcy "Wizyty" zachęcają nas jednak do chwilowego porzucenia dotychczasowych przekonań. Proponują nam w tym celu eksperyment myślowy: wyobraź sobie, że na Twojej plancie pojawiają się obcy przybysze.

Jeśli zdecydujesz się podjąć to wyzwanie czeka Cię tajemnicza wędrówka w towarzystwie przedstawicieli nauki, polityków, a także mediów. Wszyscy oni, razem z Tobą widzu, będą próbowali odnaleźć się w tej niezwykłej sytuacji. Inżynier podejmie starania by zbadać obcy statek. Biolog spróbuje poznać te, nieznane nam do tej pory, formy życia. Jak powinien zareagować rząd? Czy mobilizować armię? Ile i jakie informacje powinny przekazać ludziom media, by nie wywołać paniki? To tylko niewielki wycinek problemów przed, którymi stawia nas "Wizyta". Nowe pytania piętrzą się gdy odkrywamy kolejne trudności. Jak odróżnić zaawansowaną naukę od magii? Co jeśli podjęte przez nas próby komunikacji z przybyszami zawiodą? 

"Wizyta" jest filmem pytań. Intencją autorów nie jest jednak, jak się wydaje, wręczyć nam odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, pozostawiają nas oni z jeszcze większą ilością niewiadomych. Rzecz jednak w tym, że są to problemy, z których istnienia wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy. Twórcy wizyty próbują, poprzez pokazanie złożoności podjętych zagadnień, przesunąć granice postrzegania naszego świata. Chcą uczynić nas bogatszymi. Bo przecież nie same odpowiedzi są źródłem wiedzy.
Film ma dość wolne tempo, które sprzyjać ma podjęciu refleksji – powiedziałbym, że momentami jest wręcz introwertyczny. Z pewnością nie każdemu widzowi przypadnie to do gustu. Jeśli jednak interesują Cię poruszane tu zagadnienia lub po prostu masz ochotę przenieść się na 85min do, z dbałością o szczegóły wytworzonej przez autorów, alternatywnej rzeczywistości jest to pozycja właśnie dla Ciebie.

AUTOR: BARTOSZ KLIMCZAK

środa, 20 maja 2015

ŚWIĄTYNIE KULTURY 3D (2014) / 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FILM FESTIVAL

Podczas festiwalu Docs Against Gravity mieliśmy okazję obejrzeć 3 epizody z serii Świątynie kultury: poświęcone Instytutowi Salka w Kalifornii, Operze w Oslo i paryskiemu Centrum Pompidou. To nie lada gratka móc zobaczyć na ekranie kina Orzeł projekcje w technologii 3D. Efekt trójwymiarowości okazał się idealnie współgrać z tematyką filmów. Trzeci wymiar wydobył z prezentowanych obiektów wrażenie przestrzenności, podkreślił ich rozwiązania formalne, strukturę i tektonikę. Dzięki temu udało się przekazać widzom (raczej trudno przekładalne na język filmu) wrażenia, jakie daje obcowanie z architekturą „na żywo”.

Każdy z filmów realizowany był przez inny zespół i innego reżysera, co zaowocowało różnorodnymi sposobami podejścia do tematu. Każdy epizod posiadał charakterystyczny dla siebie motyw, kierował się swoją własną poetyką.


Zdecydowanie najciekawiej wypadł dokument poświęcony Operze w Oslo. Fenomenalna architektura znalazła tutaj idealne odzwierciedlenie w filmowej wizji reżyserki Margreth Olin. Futurystyczny obiekt zlokalizowany na skraju lądu i morza ożywa w filmie dzięki zabiegowi antropomorfizacji – budowla ma duszę i wypowiada się w swoim imieniu, narracja prowadzona jest z jej perspektywy. Twórcy podkreślają, że pusta opera to „tylko dom”, dopiero korzystający z niej ludzie tworzą coś więcej. Wpisana w krajobraz bryła przekracza standardowe granice wyznaczane przez architekturę: można spacerować po jej dachu i pochyłych ścianach. Ogromne przeszklenia dają możliwość zaglądania z zewnątrz do środka budynku: można zobaczyć nie tylko hole i korytarze, ale przede wszystkim sale ćwiczeń, garderoby i charakteryzatornie. Takie otwarcie na otoczenie powoduje zacieranie granic między twórcami sztuki a jej odbiorcami – artyści widzą na co dzień swoją publiczność, zaś zwykli przechodnie podglądają kulisy pracy twórczej. Ekspozycja wnętrz i płynne przechodzenie deptaku w dach dobrze oddaje egalitarne podejście twórców do sztuki. Kapitalnym pomysłem było ukazanie w filmie życia toczącego się w gmachu – dokument nie skupia się na architektach, procesie budowy czy danych technicznych. Taniec, balet, gra, śpiew – to są elementy ważne, jeśli chodzi o operę. Dobre wrażenie robią poruszające sekwencje tańca. Trójwymiarowe ujęcia dają poczucie niesamowitej bliskości, a kamera rejestruje to, czego nie dostrzeże widz siedzący na widowni.

Część ilustrująca Centrum Pompidou również wykorzystuje zabieg „ożywienia” budynku, ale z nieco innym efektem. Tutaj nacisk położony jest na to, co muzeum może zyskać dzięki odwiedzającym go turystom i dziełom w nim wystawianym. Obiekt muzealny musi zachować bezstronność – zapewnić możliwie neutralne, nieinwazyjne wnętrza, które umożliwią jak najlepsze wyeksponowanie dzieł sztuki. Takie też jest Centrum Pompidou – kontrowersyjne z zewnątrz, przestronne w środku, otwarte na sztukę współczesną.


Robert Redford zajął się Instytutem Salka, siedzibą znajdującej się w Kalifornii prestiżowej instytucji naukowej, w której prowadzi się badania w dziedzinie biologii. Dokument przedstawia pokrótce pomysłodawcę Instytutu, jego projektanta Louisa Kahna oraz pracowników, którzy opowiadają o budynku i o tym, jak jego wygląd wpływa na ich działalność. Film utrzymany jest w poetyckiej atmosferze, wyidealizowaną wizję podkreśla muzyka elektroniczna skomponowana przez Moby’ego. Widzimy Instytut o różnych porach dnia i nocy, bowiem szczególną rolę w założeniu architekta odgrywa kalifornijskie światło, które ociepla surową, betonową konstrukcję. Brutalistyczna bryła poprzez otwarcie na ocean zyskała ludzki wymiar, reżyser bardzo podkreślił dążenie architekta do uzyskania efektu harmonii, symetrii i łączności z naturą. Ta „świątynia nauki” ma inspirować naukowców do rozwoju i dokonywania nowych odkryć.

Te krótkie dokumenty łączy jedno główne przesłanie: architektura wiele mówi o stanie naszej kultury, może odzwierciedlać idee i marzenia.

W ramach cyklu zrealizowano również filmy poświęcone Filharmonii Berlińskiej, więzieniu Halden w Norwegii oraz Rosyjskiej Bibliotece Narodowej w Petersburgu.

wtorek, 19 maja 2015

ZAKAZANE GŁOSY (2015) / 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FILM FESTIVAL

W 1967 roku Bliski Wschód, po raz kolejny w dziejach ludzkości, stał się areną krwawych starć. W odpowiedzi na egipską groźbę zablokowania żeglugi na zatoce Akaba, Izrael zaatakował sprzymierzone wojska arabskie. Dni państwa żydowskiego, otoczonego z trzech stron przez wroga, wydawały się policzone. Jednak po 6 dniach wojna zakończyła się zdecydowanym zwycięstwem Izraela, który trzykrotnie powiększył swoje terytorium. Film Zakazane głosy skupia się na relacjach Izraelczyków powracających z frontu. Ich wypowiedzi nagrano w kibucach bezpośrednio po zakończeniu konfliktu. To, co mieli do powiedzenia, okazało się sprzeczne z ówcześnie panującą euforyczną narracją zwycięstwa, wobec czego niewygodne wypowiedzi ocenzurowano i odłożono na półkę. Musiało minąć 50 lat, aby tytułowe „zakazane głosy” ujrzały światło dzienne.


Odtajnionymi taśmami zajmuje się reżyserka Mor Loushy. Czarno-białe materiały archiwalne przeplatają się ze współczesnymi ujęciami, ukazującymi starszych o 50 lat byłych żołnierzy. Razem z widzami nagrania odsłuchują również ich bohaterowie – słuchają swoich głosów po raz pierwszy odkąd wzięli udział w wywiadach. Kamera rejestruje ich nieme reakcje, uwidacznia gwałtowne emocje widoczne w spojrzeniach, mimice twarzy. Te zabiegi sprawiają, że nasz dystans do opowiadanych zdarzeń maleje. Odległe wydarzenia nagle stają się aktualne, a historia nabiera intymnego charakteru.

Jak w oczach izraelskich żołnierzy wyglądała wojna sześciodniowa? Młodzi mężczyźni opowiadają nie o tym, co robili i jakie rozkazy mieli do wykonania, ale o swoich uczuciach i emocjach, a także o zmianach, jakie wojna w nich wywołała. Z relacji Izraelczyków przebija strach. Wspominają, że w obliczu oblężenia mieli poczucie, że ich kraj może zniknąć. Czuli wręcz, że żyją w cieniu nadciągającego Holocaustu. Co istotne, natychmiast po zakończeniu działań bojowych przerażenie społeczeństwa ustąpiło miejsca radości, w kraju wybuchła niebywała euforia (świetnie ilustrowana w filmie podniosłymi pieśniami patriotycznymi). O innych uczuciach się nie mówiło, na wątpliwości czy wyrzuty sumienia nie było miejsca. Żołnierze sami musieli poradzić sobie z dręczącymi ich koszmarami i bezsennością.

Przerażenie okazuje się głównym towarzyszem walczących na wojnie – odczłowiecza, odgradza od innych, pogłębia samotność. Jeden z mężczyzn przyznaje, że podczas walk ani przez sekundę nie pomyślał o ojczyźnie – w kryzysowym momencie człowiek myśli tylko o sobie i o przetrwaniu. Niemniej jednak wszyscy nagrani rozmówcy podkreślają, że wyruszenie do boju miało owy strach przełamać. Chciano wreszcie przezwyciężyć silny autostereotyp, według którego Żydzi samych siebie uważali za tchórzy, zajmujących się jedynie bankowością i handlem, pozbawionych męskości i siły. Od wojny sześciodniowej następuje przełom w myśleniu Żydów o samych sobie: odtąd są narodem zwycięzców, od teraz podbijają, rządzą i dzielą. Stają się podmiotem sytuacji politycznej w regionie.


Tkwi w tym szczególny paradoks. Naród prześladowany w czasie II wojny światowej, teraz sam zaczyna prześladować Palestyńczyków. Dawid zamienia się w Goliata. Agresję Żydów wzmaga wiara, że tylko militarna siła zapewnia im przetrwanie. Izraelczycy wiedzą, że równie dobrze mogli się znaleźć po drugiej stronie konfliktu, przegrani i zniewoleni. To, co dzieje się bezpośrednio po zakończeniu walk, staje się bardzo dwuznaczne i trudne do wytrzymania. Bezpośrednia konfrontacja z wrogiem: pojmanymi jeńcami, palestyńskimi cywilami zamieszkującymi Wschodnią Jerozolimę i setki mniejszych miejscowości, zaburza spokój i dręczy sumienia żołnierzy. Gdy wypędzają mieszkańców z ich dotychczasowych siedzib, mają nieodparte skojarzenia z Holocaustem i z tym, co ich samych spotykało w czasie II wojny światowej.

Ten gorzki w swej wymowie dokument kończą krótkie wypowiedzi bohaterów, nagrane po odsłuchaniu dawnych taśm. Pojawia się myśl, że Syjonizm jest tragedią – powrót na te ziemie wiąże się z wypędzeniem tych, którzy tam mieszkali wcześniej. Być może lepiej było zostać w Diasporze? Oszczędny w wyrazie film zawiera wiele uniwersalnych refleksji o naturze wojny, która zawsze wygląda tak samo. Na wojnie każdy cierpi i wszyscy tak naprawdę są przegrani.