piątek, 29 maja 2015

Dzień Dziecka z Astrid Lindgren w KINIE ORZEŁ


Kto z nas w dzieciństwie nie czytał powieści o przygodach 'Dzieci z Bullerbyn'. Nie czytałeś? Zatem na pewno widziałeś choć jeden film o tych bohaterach. Teraz będziesz miał niepowtarzalną okazję zobaczyć go na wielkim ekranie.

Z okazji Dnia Dziecka w ponad 20 miastach w Polsce (w tym w Kinie Orzeł) odbędzie się niezwykłe wydarzenie, które będzie swoistym „powrotem do przeszłości”. Przez pięć dni w naszym kinie będzie odbywał się Przegląd Filmów z Bohaterami Astrid Lindgren. Ta znana na całym świecie szwedzka pisarka, stała się autorką uwielbianych nie tylko przez dzieci powieści. Są one czytane i uwielbiane przez kolejne pokolenia, a historie, które - charakteryzują się sporą dawką życiowych mądrości, bawią i wzruszają czytelników bez względu na wiek.

W nadchodzących dniach dorośli będą mogli przenieść się do czasów dzieciństwa, a młodsi widzowie zapoznać się z adaptacjami opowiadań znanych dzięki szkole i rodzicom. Zobaczymy aż 13 filmów z czego każdy jest familijną przygodą, którą warto przeżyć ze swoimi pociechami z okazji ich święta.


REPERTUAR PRZEGLĄDU: 

30.05.
g. 15.00 NILS PALUSZEK
g. 17.00 DZIECI Z BULLERBYN

31.05.
g. 10.00 MADIKA Z CZERWCOWEGO WZGÓRZA
g. 11.30 NOWE PRZYGODY DZIECI Z BULLERBYN
g. 13.30 RAZMUS WŁÓCZĘGA

01.06. DZIEŃ DZIECKA
g. 11.00 DZIECI Z BULLERBYN
g. 12.45 RONJA, CÓRKA ZBÓJNIKA
g. 15.30 DZIECI Z BULLERBYN
g. 17.15 RONJA, CÓRKA ZBÓJNIKA

02.06.
g. 12.00 NILS PALUSZEK
g. 14.00 MADIKA Z CZERWCOWEGO WZGÓRZA

03.06.
g. 10.00 NOWE PRZYGODY DZIECI Z BULLERBYN
g. 12.00 RAZMUS WŁÓCZĘGA

Cena biletu 10 zł.

Serdecznie zapraszamy!

sobota, 23 maja 2015

WIZYTA (2014)/ 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FF BYDGOSZCZ

Wyobraź sobie, że pewnego spokojnego, przeciętnego dnia – i nie jest to dzień, gdy obchodzimy akurat prima aprilis – na naszej planecie lądują kosmici. To raczej dość niecodzienna sytuacja. W jaki sposób powinniśmy się więc zachować? W jaki sposób powinien zareagować świat, który wskutek tego zdarzenia nie będzie już przecież od tej pory tym samym, dobrze nam znanym, miejscem. Odpowiedzi, na te pytania, próbują znaleźć twórcy filmu "Wizyta". 

 Na początek ustalmy może jednak dwie rzeczy. Jak to właściwie jest z tymi kosmitami? Niektórzy przecież twierdzą, że już tu są, bo ich wiedzieli, a nawet byli przez nich porwani. Tymczasem inni, nieszczególnie dają tym rewelacją wiarę. No więc, czy do tej pory odnotowano jakąkolwiek formę kontaktu z gwiezdnymi przybyszami? Autorzy filmu uspokajają, że nie. Pozostaje jednak jeszcze druga kwestia. Czy jesteśmy w jakiś sposób na taką ewentualność przygotowani? Nikt chyba nie będzie szczególnie zaskoczony, gdy powiem, że odpowiedz na to pytanie również brzmi nie. Scenariusz lądowania na naszej planecie kosmicznego pojazdu obcej cywilizacji jest jednak, dla większości z nas, tak dalece nieprawdopodobny, że tego rodzaju przygotowania wydają nam się co najwyżej zbędne, o ile nie kompletnie absurdalne. Twórcy "Wizyty" zachęcają nas jednak do chwilowego porzucenia dotychczasowych przekonań. Proponują nam w tym celu eksperyment myślowy: wyobraź sobie, że na Twojej plancie pojawiają się obcy przybysze.

Jeśli zdecydujesz się podjąć to wyzwanie czeka Cię tajemnicza wędrówka w towarzystwie przedstawicieli nauki, polityków, a także mediów. Wszyscy oni, razem z Tobą widzu, będą próbowali odnaleźć się w tej niezwykłej sytuacji. Inżynier podejmie starania by zbadać obcy statek. Biolog spróbuje poznać te, nieznane nam do tej pory, formy życia. Jak powinien zareagować rząd? Czy mobilizować armię? Ile i jakie informacje powinny przekazać ludziom media, by nie wywołać paniki? To tylko niewielki wycinek problemów przed, którymi stawia nas "Wizyta". Nowe pytania piętrzą się gdy odkrywamy kolejne trudności. Jak odróżnić zaawansowaną naukę od magii? Co jeśli podjęte przez nas próby komunikacji z przybyszami zawiodą? 

"Wizyta" jest filmem pytań. Intencją autorów nie jest jednak, jak się wydaje, wręczyć nam odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, pozostawiają nas oni z jeszcze większą ilością niewiadomych. Rzecz jednak w tym, że są to problemy, z których istnienia wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy. Twórcy wizyty próbują, poprzez pokazanie złożoności podjętych zagadnień, przesunąć granice postrzegania naszego świata. Chcą uczynić nas bogatszymi. Bo przecież nie same odpowiedzi są źródłem wiedzy.
Film ma dość wolne tempo, które sprzyjać ma podjęciu refleksji – powiedziałbym, że momentami jest wręcz introwertyczny. Z pewnością nie każdemu widzowi przypadnie to do gustu. Jeśli jednak interesują Cię poruszane tu zagadnienia lub po prostu masz ochotę przenieść się na 85min do, z dbałością o szczegóły wytworzonej przez autorów, alternatywnej rzeczywistości jest to pozycja właśnie dla Ciebie.

AUTOR: BARTOSZ KLIMCZAK

środa, 20 maja 2015

ŚWIĄTYNIE KULTURY 3D (2014) / 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FILM FESTIVAL

Podczas festiwalu Docs Against Gravity mieliśmy okazję obejrzeć 3 epizody z serii Świątynie kultury: poświęcone Instytutowi Salka w Kalifornii, Operze w Oslo i paryskiemu Centrum Pompidou. To nie lada gratka móc zobaczyć na ekranie kina Orzeł projekcje w technologii 3D. Efekt trójwymiarowości okazał się idealnie współgrać z tematyką filmów. Trzeci wymiar wydobył z prezentowanych obiektów wrażenie przestrzenności, podkreślił ich rozwiązania formalne, strukturę i tektonikę. Dzięki temu udało się przekazać widzom (raczej trudno przekładalne na język filmu) wrażenia, jakie daje obcowanie z architekturą „na żywo”.

Każdy z filmów realizowany był przez inny zespół i innego reżysera, co zaowocowało różnorodnymi sposobami podejścia do tematu. Każdy epizod posiadał charakterystyczny dla siebie motyw, kierował się swoją własną poetyką.


Zdecydowanie najciekawiej wypadł dokument poświęcony Operze w Oslo. Fenomenalna architektura znalazła tutaj idealne odzwierciedlenie w filmowej wizji reżyserki Margreth Olin. Futurystyczny obiekt zlokalizowany na skraju lądu i morza ożywa w filmie dzięki zabiegowi antropomorfizacji – budowla ma duszę i wypowiada się w swoim imieniu, narracja prowadzona jest z jej perspektywy. Twórcy podkreślają, że pusta opera to „tylko dom”, dopiero korzystający z niej ludzie tworzą coś więcej. Wpisana w krajobraz bryła przekracza standardowe granice wyznaczane przez architekturę: można spacerować po jej dachu i pochyłych ścianach. Ogromne przeszklenia dają możliwość zaglądania z zewnątrz do środka budynku: można zobaczyć nie tylko hole i korytarze, ale przede wszystkim sale ćwiczeń, garderoby i charakteryzatornie. Takie otwarcie na otoczenie powoduje zacieranie granic między twórcami sztuki a jej odbiorcami – artyści widzą na co dzień swoją publiczność, zaś zwykli przechodnie podglądają kulisy pracy twórczej. Ekspozycja wnętrz i płynne przechodzenie deptaku w dach dobrze oddaje egalitarne podejście twórców do sztuki. Kapitalnym pomysłem było ukazanie w filmie życia toczącego się w gmachu – dokument nie skupia się na architektach, procesie budowy czy danych technicznych. Taniec, balet, gra, śpiew – to są elementy ważne, jeśli chodzi o operę. Dobre wrażenie robią poruszające sekwencje tańca. Trójwymiarowe ujęcia dają poczucie niesamowitej bliskości, a kamera rejestruje to, czego nie dostrzeże widz siedzący na widowni.

Część ilustrująca Centrum Pompidou również wykorzystuje zabieg „ożywienia” budynku, ale z nieco innym efektem. Tutaj nacisk położony jest na to, co muzeum może zyskać dzięki odwiedzającym go turystom i dziełom w nim wystawianym. Obiekt muzealny musi zachować bezstronność – zapewnić możliwie neutralne, nieinwazyjne wnętrza, które umożliwią jak najlepsze wyeksponowanie dzieł sztuki. Takie też jest Centrum Pompidou – kontrowersyjne z zewnątrz, przestronne w środku, otwarte na sztukę współczesną.


Robert Redford zajął się Instytutem Salka, siedzibą znajdującej się w Kalifornii prestiżowej instytucji naukowej, w której prowadzi się badania w dziedzinie biologii. Dokument przedstawia pokrótce pomysłodawcę Instytutu, jego projektanta Louisa Kahna oraz pracowników, którzy opowiadają o budynku i o tym, jak jego wygląd wpływa na ich działalność. Film utrzymany jest w poetyckiej atmosferze, wyidealizowaną wizję podkreśla muzyka elektroniczna skomponowana przez Moby’ego. Widzimy Instytut o różnych porach dnia i nocy, bowiem szczególną rolę w założeniu architekta odgrywa kalifornijskie światło, które ociepla surową, betonową konstrukcję. Brutalistyczna bryła poprzez otwarcie na ocean zyskała ludzki wymiar, reżyser bardzo podkreślił dążenie architekta do uzyskania efektu harmonii, symetrii i łączności z naturą. Ta „świątynia nauki” ma inspirować naukowców do rozwoju i dokonywania nowych odkryć.

Te krótkie dokumenty łączy jedno główne przesłanie: architektura wiele mówi o stanie naszej kultury, może odzwierciedlać idee i marzenia.

W ramach cyklu zrealizowano również filmy poświęcone Filharmonii Berlińskiej, więzieniu Halden w Norwegii oraz Rosyjskiej Bibliotece Narodowej w Petersburgu.

wtorek, 19 maja 2015

ZAKAZANE GŁOSY (2015) / 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FILM FESTIVAL

W 1967 roku Bliski Wschód, po raz kolejny w dziejach ludzkości, stał się areną krwawych starć. W odpowiedzi na egipską groźbę zablokowania żeglugi na zatoce Akaba, Izrael zaatakował sprzymierzone wojska arabskie. Dni państwa żydowskiego, otoczonego z trzech stron przez wroga, wydawały się policzone. Jednak po 6 dniach wojna zakończyła się zdecydowanym zwycięstwem Izraela, który trzykrotnie powiększył swoje terytorium. Film Zakazane głosy skupia się na relacjach Izraelczyków powracających z frontu. Ich wypowiedzi nagrano w kibucach bezpośrednio po zakończeniu konfliktu. To, co mieli do powiedzenia, okazało się sprzeczne z ówcześnie panującą euforyczną narracją zwycięstwa, wobec czego niewygodne wypowiedzi ocenzurowano i odłożono na półkę. Musiało minąć 50 lat, aby tytułowe „zakazane głosy” ujrzały światło dzienne.


Odtajnionymi taśmami zajmuje się reżyserka Mor Loushy. Czarno-białe materiały archiwalne przeplatają się ze współczesnymi ujęciami, ukazującymi starszych o 50 lat byłych żołnierzy. Razem z widzami nagrania odsłuchują również ich bohaterowie – słuchają swoich głosów po raz pierwszy odkąd wzięli udział w wywiadach. Kamera rejestruje ich nieme reakcje, uwidacznia gwałtowne emocje widoczne w spojrzeniach, mimice twarzy. Te zabiegi sprawiają, że nasz dystans do opowiadanych zdarzeń maleje. Odległe wydarzenia nagle stają się aktualne, a historia nabiera intymnego charakteru.

Jak w oczach izraelskich żołnierzy wyglądała wojna sześciodniowa? Młodzi mężczyźni opowiadają nie o tym, co robili i jakie rozkazy mieli do wykonania, ale o swoich uczuciach i emocjach, a także o zmianach, jakie wojna w nich wywołała. Z relacji Izraelczyków przebija strach. Wspominają, że w obliczu oblężenia mieli poczucie, że ich kraj może zniknąć. Czuli wręcz, że żyją w cieniu nadciągającego Holocaustu. Co istotne, natychmiast po zakończeniu działań bojowych przerażenie społeczeństwa ustąpiło miejsca radości, w kraju wybuchła niebywała euforia (świetnie ilustrowana w filmie podniosłymi pieśniami patriotycznymi). O innych uczuciach się nie mówiło, na wątpliwości czy wyrzuty sumienia nie było miejsca. Żołnierze sami musieli poradzić sobie z dręczącymi ich koszmarami i bezsennością.

Przerażenie okazuje się głównym towarzyszem walczących na wojnie – odczłowiecza, odgradza od innych, pogłębia samotność. Jeden z mężczyzn przyznaje, że podczas walk ani przez sekundę nie pomyślał o ojczyźnie – w kryzysowym momencie człowiek myśli tylko o sobie i o przetrwaniu. Niemniej jednak wszyscy nagrani rozmówcy podkreślają, że wyruszenie do boju miało owy strach przełamać. Chciano wreszcie przezwyciężyć silny autostereotyp, według którego Żydzi samych siebie uważali za tchórzy, zajmujących się jedynie bankowością i handlem, pozbawionych męskości i siły. Od wojny sześciodniowej następuje przełom w myśleniu Żydów o samych sobie: odtąd są narodem zwycięzców, od teraz podbijają, rządzą i dzielą. Stają się podmiotem sytuacji politycznej w regionie.


Tkwi w tym szczególny paradoks. Naród prześladowany w czasie II wojny światowej, teraz sam zaczyna prześladować Palestyńczyków. Dawid zamienia się w Goliata. Agresję Żydów wzmaga wiara, że tylko militarna siła zapewnia im przetrwanie. Izraelczycy wiedzą, że równie dobrze mogli się znaleźć po drugiej stronie konfliktu, przegrani i zniewoleni. To, co dzieje się bezpośrednio po zakończeniu walk, staje się bardzo dwuznaczne i trudne do wytrzymania. Bezpośrednia konfrontacja z wrogiem: pojmanymi jeńcami, palestyńskimi cywilami zamieszkującymi Wschodnią Jerozolimę i setki mniejszych miejscowości, zaburza spokój i dręczy sumienia żołnierzy. Gdy wypędzają mieszkańców z ich dotychczasowych siedzib, mają nieodparte skojarzenia z Holocaustem i z tym, co ich samych spotykało w czasie II wojny światowej.

Ten gorzki w swej wymowie dokument kończą krótkie wypowiedzi bohaterów, nagrane po odsłuchaniu dawnych taśm. Pojawia się myśl, że Syjonizm jest tragedią – powrót na te ziemie wiąże się z wypędzeniem tych, którzy tam mieszkali wcześniej. Być może lepiej było zostać w Diasporze? Oszczędny w wyrazie film zawiera wiele uniwersalnych refleksji o naturze wojny, która zawsze wygląda tak samo. Na wojnie każdy cierpi i wszyscy tak naprawdę są przegrani.

Spotkanie z twórcą filmu Pixadores, Amirem Escandari

W trakcie drugiego dnia festiwalu 12. edycji Docs Against Gravity widzowie mieli okazję obejrzeć film dokumentalny pt. Pixadores. Po projekcji filmu w sali Kina Orzeł odbyło się spotkanie z jego twórcą, Amirem Escandari.

Fot. Kuba Domański
Reżyser urodził się w Teheranie. W wieku 7 lat, z powodu konfliktu zbrojnego, razem ze swoją rodziną uciekł do Jugosławii, a następnie do Finlandii. Amir ukończył reżyserię filmową na University of Walles. Jak przyznał, wychowywał się w rodzinie filmowej. Jego wujowie byli zagorzałymi fanami filmowymi, którzy prowadzili bardzo zacięte dyskusje. Dlatego też Amir nigdy w życiu nie chciał być nikim innym tylko właśnie twórcą filmowym.

Wszystko zaczęło się od pracy nad filmem fabularnym, kiedy to reżyser opisywał chłopaków, którzy surfują na pociągach. Stwierdził, że sam musi spróbować stanąć na pociągu i poczuć się dokładnie tak samo jak oni. Właśnie wtedy postanowił udać się do Brazylii. Na miejscu spotkał się z Pixadores, czyli ludźmi, którzy zdobią ściany lub puste budynki charakterystycznymi rysunkami wykonywanymi sprayem w skomplikowanych i często niebezpiecznych warunkach. Stwierdził, że jeżeli kiedykolwiek będzie chciał zrobić film dokumentalny, to będzie on właśnie o tym, gdzie ta plastyczność, obrazowość ich życia i miejsca, w którym się znajdują, stanowić będzie wypełnienie i całość filmu dokumentalnego.
Opowiadając o pracy nad filmem Amir Escandari przyznał, że trudno było przekonać tych ludzi, by występowali przed kamerami. Podstawowym problemem była bariera językowa, ponieważ nie mówi on po portugalsku. Na początku twórca filmował i robił zdjęcia. W końcu wszedł na dach ze swoim Canonem. Przejeżdżając przez tunel musiał z niego zejść. Jednak nie było to możliwe z aparatem. Dlatego też wyciągnął z niego kartę pamięci, którą wręczył chłopakom. Jak się okazało na stacji czekała już na nich policja. Wszyscy zostali aresztowani. Na potrzeby filmu scena ta została powtórzona. Tak zaczęła się historia z Pixadores. Ten ruch nie skupia się już tylko na obszarze Sao Paulo. Główna postać filmu odwiedza inne gangi i je jednoczy.

Film wykonano w czerni i bieli. Brazylia od zawsze kojarzyła się Amirowi jako kraj bardzo kolorowy, kraj wielkich kontrastów kolorystycznych. Jednak jak się okazało na miejscu, gdyby zdjęcia powstały 50 lat temu, w zasadzie niczym by się nie różniły. Tam nie ma żadnych znaków nowoczesności. Ten obszar jest znacznie większy niż 50 lat temu. Jednak nie zaszły tu żadne znaczące zmiany architektoniczne. Pod względem kolorystycznym nic się w tym miejscu nie zmieniło. Reżyser wspomniał o tym, jak wybrał się na targ z owocami i mimo to wszystko wydawało się takie bardzo czarno-białe. Są tam nawet samochody z lat 50. A ludzie, którzy pracują w tym samym miejscu od 30 lat, wyglądają tak samo, nie są unowocześnieni. Amir doszedł do wniosku, że ich życie jest bardzo biało-czarne, czyli jest się albo biednym, albo bogatym. To, co robią Pixadores, ich malunki, też są pozbawione kolorów.

Nawiązano także do piktogramów, które malują na ścianach Pixadores. Jak się dowiedzieliśmy jest to połączenie normalnego alfabetu z symbolami. Mieszkaniec Sao Paulo nie jest w stanie ich odczytać. Reżyserowi zajęło to rok. Istnieje ok. 100 sposobów na to, żeby napisać literę „a”. Jeden z tych chłopaków nie potrafi ani pisać, ani czytać. Jednak swobodnie odczytuje to, co Pixadores piszą i jest w stanie bardzo łatwo to interpretować.

Podczas spotkania poruszono kwestię przyjemności, jaką czerpią Pixadores z odrzucenia przez społeczeństwo. W ten sposób chcą oni, żeby ludzie zauważyli ten sprzeciw. Pixadores wyznają swoją filozofię „jeżeli wy mnie karzecie jako społeczeństwo, to ja ukarzę was, jeżeli społeczeństwo mnie nienawidzi, to ja będę nienawidzić społeczeństwo”.


Twórca nadal utrzymuje kontakt z bohaterami filmu. Jednak większość z nich nadal boryka się z poważnymi problemami. Jeden z nich przeżył wielką tragedię. Razem ze swoim przyjacielem wspinali się na taki budynek, na który można się wspiąć tylko we dwójkę, ponieważ staje się na ramionach tej drugiej osoby. Na poziomie 5. piętra jego kolega odpadł ze ściany i umierał przez pół godziny. Pozostali weszli bardziej w przemyt narkotyków. Osoba pochodząca z faweli może stać się członkiem jakiegoś ruchu religijnego, albo po prostu staje się przemytnikiem narkotyków. Większość z nich wybrała tą drugą drogę.

Film Amira przedstawia wszystko z punktu widzenia Pixadores. Społeczeństwo brazylijskie postrzega ich jako bandytów i przestępców. W Brazylii ten dokument nie jest akceptowany. Film został zgłoszony do 6 festiwali brazylijskich jednak na żaden nie został przyjęty. Pixadores są eksterminowani. Niedawno dwóch 19-latków zostało zabitych przez policję w czasie malowania. Są oni zrzucani z budynków w trakcie tego, co robią. Ludzie nie chcą wiedzieć o istnieniu tego ruchu, a pomalowane budynki to tylko pewna część złożonego problemu.

Fot. Kuba Domański


W odpowiedzi na pytanie publiczności o pomysł na kolejny film Amir odpowiedział, że nie chciał już robić filmu dokumentalnego. Praca nad Pixadores była trudna i wyczerpująca. Poza tym w takim filmie pokazuje się wielkie cierpienie. Film fabularny jest o wiele prostszy, ponieważ nikt nie cierpi, a wszystko jest napisane w scenariuszu. Reżyser zdradził, że obecnie spędza czas z Indianami w Brazylii. Mimo wszystko przełamał się i myśli o tym, by nakręcić kolejny dokument. Pracuje także nad filmem fabularnym pt. „Pod czarnym słońcem”, który będzie opowiadał o dżihadystach. Amir podkreślił, że to raczej temat wybiera człowieka, a nie człowiek wybiera temat.

Prowadzący spotkanie, Szymon Andrzejewski, poruszył także problem tematyki filmów dokumentalnych. Jak stwierdził, ponad 70% to dokumenty, które skupione są na bardzo mrocznej stronie życia, na pokazywaniu bardzo brudnego i brutalnego świata. Rodzi się pytanie, czy jest to kwestia tego, że zło się lepiej sprzedaje, czy jednak chodzi tu o pewną misję twórców filmowych.

Amir Escandari zdecydowanie stwierdził, że jest to misja twórców. Gdyby nie ten film, pewnie większość z nas nie wiedziałaby, kim są Pixadores, jak oni żyją i jak w ogóle wygląda życie w fawelach. Należy jednak podkreślić, że są też twórcy, którzy skupiają się na filmach od tej jasnej strony życia. Jednak zdecydowanie jest ich znacznie mniej. Istnieje także grupa reżyserów, którzy do przesady skupiają się na tej mrocznej stronie życia i np. tworzą filmy dokumentalne o cierpieniu mężczyzn, którzy są w agonii. Jest pewna granica. W filmie Pixadores nie widzimy, żeby ktoś umierał. A na planie zdarzało się to bardzo często. Amir wyznaczył sobie taką granicę, żeby nie pokazywać śmierci na ekranie.  

poniedziałek, 18 maja 2015

DEBATA: „Ograniczenia prywatności”

Fot. Katarzyna Nowicka

Kino dokumentalne prowokuje do zajmującej dyskusji i wymiany myśli o otaczającej nas rzeczywistości bądź tematach ważnych. W bieżącym roku, na 12th Docs Againt Gravity w Bydgoszczy organizatorzy pochylili się nad zjawiskiem „ograniczenia prywatności”. Filmowym punktem zapalnym do debaty był tegoroczny zwycięzca Akademii Filmowej w kategorii najlepszy, pełnometrażowy film dokumentalny, Citizenfour. Rozmowa jednak wychodziła o wiele dalej niż kontekst polityczny. W rozmowie, dzieląc się swoimi postrzeżeniami i odczuciami, wzięły udział: dr Magdalena Wichrowska filmoznawczyni, filozofka i dziennikarka, kierowniczka Pracowni Kultury Medialnej, dr Natalia Mrozkowiak z Instytutu Kulturoznawstwa Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy oraz  Katarzyna Marcysiak, dziennikarka TVP od wielu lat związana z bydgoskim oddziałem telewizji publicznej.

Podczas godzinnej dyskusji mogliśmy wysłuchać i zastanowić się nad opiniami dotyczącymi poszanowania prywatności i intymności człowieka w świecie zagarniętym przez media społecznościowe i nowe technologie. Padły pytania o to, czym jest prywatność? Czy jesteśmy świadomi jej granic? Czy chętnie z niej rezygnujemy? Odpowiedzi były różne. Dr Wichrowska jest zdania, że najlepszym towarem, który możemy skutecznie wypromować i dobrze sprzedać, jesteśmy my sami. Budujemy swoją drugą tożsamość, by zdobyć uznanie czy akceptację, której może nam brakować w prawdziwym życiu. Współcześnie, nie musimy odchodzić od własnego komputera, aby BYĆ i nawiązywać i utrzymywać kontakty. Wirtualna tożsamość to często forma autokreacji, w której każdy z nas jest „superbohaterem”. Mamy poczucie, że musimy być doskonali zawsze i wszędzie, stawiając naszą prywatność w świetle publicznym. Dr Mrozkowiak pociągnęła tę wypowiedz dalej, twierdząc, że autokreacja wynika z tego, że nie znając swojej tożsamości, często ją , po prostu, kreujemy. Zwróciła również uwagę na fakt radykalnej estetyzacji życia codziennego i dzielenia się nim. Trzecim głosem w dyskusji był głos pani Katarzyny Marcysiak, która wysunęła argument za tym, że powinniśmy przedefiniować rzeczywistość. Każde pokolenie będzie miało inną świadomość swojej prywatności. Od wieków w naturze człowieka leży chęć dzielenia się nią, współcześnie  mamy do tego, po prostu, większą przestrzeń.

Jeżeli obszar naszych możliwości jest większy, to jak można wykorzystać go do zwiększenia zainteresowania kulturą? Na to pytanie padła zgodna odpowiedź, że uczestnictwo w kulturze jest kwestią naszego wyboru. Bardzo ważna jest edukacja i samoświadomość. Internet jest świetnym narzędziem promocji, ale dotrze do ludzi, którzy chcą wyjść z domu i poczuć kulturę i nawiązać relacje z drugim człowiekiem.

Jeszcze przed nastaniem ery mediów społecznościowych twórcy filmów dokumentalnych i reportaży zadawali sobie pytanie o granice prywatności ich bohaterów. Dr Magdalena Wichrowska, autorka książki Szukając prawdy, Problem poetyki w polskim filmie dokumentalnym po roku 1989 jest zdania, że człowiek nie powinien być środkiem do opowiedzenia historii a jedynie celem. Ważne jest otwarcie na bohatera. To on jest w centrum wydarzeń, nie temat. Twórcy powinni być ostrożni  i wrażliwi i na granicę intymności, której nie powinno się nigdy przekroczyć. Jest to granica bardzo ruchoma i często subiektywna, zależna od doświadczenia i wrażliwości autora.

Ostatnia część debaty dotyczyła rozważań na temat naszej tożsamości. Dr Natalia Mrozkowiak doszła do wniosku, że boimy się prawdy o sobie. Nie chcemy wiedzieć, kim tak naprawdę jesteśmy. Kreujemy więc. Dzielimy się informacjami o naszych upodobaniach, o tym, jak spędzamy czas, gdzie pracujemy itp. Ile pokażemy i w jakiej formie zależy tylko od nas.

Debata poruszała temat bardzo istotny dla współczesności, który nie wątpliwie z czasem stanie się jeszcze szerzej rozpatrywany. Reasumując zadajmy sobie pytania: czy nie będzie już jednak za późno? Czy czasy które tak mkną naprzód na dobre nie zatrą granicy miedzy sferą prywatności a sferą publiczną? Na próżno szukać jednej odpowiedzi… 

niedziela, 17 maja 2015

YES MENI IDĄ NA REWOLUCJĘ (2014) / 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FILM FESTIVAL


Po dwóch dokumentach o znanej grupie alterglobalistów: The Yes Men (2003) i Yes-Meni naprawiają świat (2009), przyszedł czas na Yes Menów, idących na rewolucję. Brzmi poważnie, ale każdy, kto zna słynnych „potakiwaczy” wie, że na sali kinowej i tym razem nie zabraknie salw śmiechu. Niestety wiadomo również, że za tym śmiechem idzie gorzka prawda o świecie wielkiego biznesu, w którym dopuszcza się do łamania praw człowieka, by osiągnąć zysk. Z drugiej zaś strony dobrze, że są na tym świecie ludzie, którzy nie boją się tej prawdy pokazać.

Od przeszło 20 lat są przyjaciółmi. Od 20 lat inicjują prowokacje, wcielając się w przedstawicieli, bądź rzeczników prasowych wielkich korporacji. Wkładają garnitury, przygotowują absurdalne przemówienia, fałszują strony internetowe, nielegalnie biorą udział w konferencjach, spotkaniach biznesowych i, co najważniejsze, obnażają machinacje największych firm wpływających na rozwój światowej gospodarki. Bronią, którą się posługują jest satyra.
Ich kontrowersyjne przedstawienia mają przede wszystkim przykuć uwagę mediów, a tym samym nagłośnić na szeroką skalę problemy współczesnego świata, z których tak wielu z nas nie zdaje sobie sprawy. W filmie widzimy, że wychodzi im to z różnym skutkiem - nie zawsze odnoszą sukcesy. Biorąc jednak pod uwagę to, że podczas swoich akcji ryzykują grzywny, czy nawet wylądowanie w więzieniu, szybko zapominamy o porażkach Yes Menów i cieszymy się, gdy udaje im się wypełnić misję, jaką przed sobą postawili.
Trzecia część przygód Andy’ego Bichlbaum’a i Mike’a Bonanno opowiada o tym, jak potoczyły się dalsze losy słynnych aktywistów. Teraz, gdy są już po czterdziestce, dopadają ich prozaiczne problemy dnia codziennego z większą siłą, niż dwie dekady temu, kiedy byli młodzi i beztroscy. Dziś Mike ma żonę, dzieci, mieszka z dala od Andy’ego, którego życie wygląda zupełnie inaczej. Jednak, jak się okazuje, nic nie jest w stanie powstrzymać tych dwoje od ratowania świata. Tym razem pod lupą znalazł się problem zmian klimatycznych na Ziemi. Zaangażowanie, z jakim grupa Yes Menów podchodzi do organizowania swoich, swego rodzaju, spektakli, zasługuje na najwyższy poziom uwagi i uznania.
Ten film po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy, nie tylko ze względu na ciekawy sposób fabularyzacji dokumentu, czy też sporą dawkę humoru, która przypadnie do gustu nawet największym ponurakom, ale nade wszystko ze względu na nietuzinkowe pomysły na organizowane prowokacje kulturowe.
Bohaterowie filmu odkrywają przed widzem swoje słabości, opowiadają o osobistych porażkach. Zdarza się, że zaskakują wyznaniami, wywołującymi ogromne emocje, co czyni obraz jeszcze bardziej interesującym. 

CITIZENFOUR (2014) / 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FILM FESTIVAL



Istnieje wiele różnych sposobów, aby zrealizować film, ale rzadko zdarza się, by zrobić go na wzór Citizenfour. Na początku 2013 roku dokumentalistka, Laura Poitras, otrzymała serię anonimowanych e-maili od kogoś, kto przedstawiał się jako tytułowy Citizenfour. Twierdził, że posiada dowód na to, że Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) potajemnie inwigilowała amerykańskich obywateli na nieznaną dotąd skalę. Rozmówcą, a potem bohaterem obrazu okazał się wówczas 29-letni Edward Snowden, od czterech lat pracujący z ramienia NSA dla amerykańskiej firmy Booz Allen Hamilton, świadczącej usługi dla amerykańskiego resortu obrony. Film w kwestii formalnej jest czymś zupełnie wyjątkowym. Snowden stał się jedną z najbardziej poszukiwanych osób na świecie, w czasie, kiedy reżyserka miała do niego nieograniczony dostęp. Można byłoby sądzić, że czym prędzej sprzeda swoje nagrania, zarabiając niemałą fortunę. Ona pozostała jednak niewzruszona, realizując przekonujący dokument, który ma w naszym umyśle odcisnąć znaczący ślad i pokazać głównego bohatera w zupełnie nieznanym dotąd świetle.

Citizenfour, który otrzymał w tym roku nagrodę Akademii Filmowej w kategorii najlepszy, pełnometrażowy film dokumentalny, to trzeci film reżyserki poświęcony działaniom amerykańskiego rządu, w odpowiedzi na wydarzenia z 11 września 2001 roku. Jej wcześniejsze filmy Mój kraju! oraz Przysięga krytykowały wojnę w Iraku i działania administracji państwa.  

Citizenfour skupia się na ośmiu dniach w pokoju hotelowym w Hongkongu, gdzie Snowden zaczyna ujawniać dziennikarzom brytyjskiemu Guardianowi i amerykańskiemu Washington Post swoją wiedzę. Tłumaczy im, że NSA od 2007 r. na masową skalę zbierała tajne informacje z serwerów dziewięciu firm internetowych, m.in. Google, Facebook, Yahoo, YouTube. Opowiada, jak działają nieznane wcześniej programy zbierania metadanych od wyżej wspomnianych firm, ale także od firm telefonicznych czy bezpośrednio z serwerów firm komputerowych. Jego wypowiedzi reżyserka zestawia z wypowiedziami Baraka Obamy czy byłego szefa NSA gen. Keitha Alexandera. Ten ostatni, zeznając pod przysięgą w Kongresie zaprzecza istnieniu programów inwigilacji obywateli, odsłaniając kolejne kłamstwa. Na wydarzenia te nie patrzymy z perspektywy czasu. Dzieją się one w rzeczywistym dla nich momencie.


Ciekawym aspektem nadającym smaku całości jest rola, jaką odgrywa reżyserka – nie tylko jest niewidzialnym narratorem zza kamery, ale odgrywa znaczącą rolę w historii tamtych wydarzeń. Widzowie śledzą na ekranie potajemne, zaszyfrowane wiadomości, które dzielą ze sobą Poitras i Snowden. Jest to historia podana zza kulis. Możemy zadać sobie pytanie, czy jest to dokument znakomity? Nagrody mogą świadczyć o tym, że tak. Warto jednak pamiętać, że często wygrywa temat, a nie sam film. Sądzę, że wielu widzów może czasami odnieść wrażenie, że to bardziej hollywoodzki thriller oparty na faktach albo, co najwyżej, kronika rzeczywistości. Ma on jednak i swoje plusy. Możemy umniejszać znaczenie samego obrazu, ale niezaprzeczalnie wywołał on międzynarodową dyskusję. Każdego dnia biliony danych z e-maili i rozmów telefonicznych są zbierane, przechowywane i analizowane. Moje i Twoje. A co, jeśli wpiszesz złe hasło albo odwiedzisz nieodpowiednią stronę? Jest szansa, że zostaniesz wprowadzony na specjalną listę do szczególnej kontroli. Citizenfour przypomina nam także o niebezpieczeństwie apatii – naszej niewypowiedzianej akceptacji dla nieetycznych i nielegalnych działań. Pomyślmy tylko, jak szybko akceptujemy zasady i warunki różnych aplikacji z prośbą o większy dostęp do naszych prywatnych informacji. Film daje przestrogę, byśmy podjęli działania, aby zapobiec obróceniu się XXI wieku w orwellowski koszmar znany nam tak dobrze z książki Rok 1984 – technologiczna tyrania jest absolutna, nie istnieje prawdziwa polityczna wolność.

To, co najbardziej cenne w filmie to to, że daje nam ludzkie spojrzenie na Edwarda Snowdena. Reżyserka daje możliwość widzowi poznania go z bardzo intymnej perspektywy.  Obserwujemy poważnego, elokwentnego i pełnego ideałów młodego mężczyznę, przekonanego o słuszności tego, co robi. Nie chce jednak, by uwaga mediów skupiła się na nim, ponieważ sednem sprawy są praktyki agencji wywiadowczych, a nie on sam. Obraz zdecydowanie kwestionuje pogląd, że chciał on stać się kolejnym Julianem Assange'em (który zresztą dostaje małą scenę, podczas której pomaga Snowdenowi w wyjeździe z Hongkongu). Snowden nie szuka rozgłosu, pragnie jedynie wywołać debatę, o tym, co dzieje się z demokracją i naszą prywatnością. Jest świadomy nadchodzących konsekwencji. I jest gotów je ponieść. Kilkakrotnie możemy usłyszeć, że nie chce żyć w świecie, w którym nie ma prywatności, a więc i przestrzeni do intelektualnych poszukiwań i twórczości. Cena jest wysoka – staje się człowiekiem bez ojczyzny, bez domu. Postawiono mu trzy zarzuty karne, w tym o szpiegostwo. Snowden bardzo starannie wybierał tych, którym powierzał informacje. Nie chciał iść śladem WikiLeaks i udostępnić tysiące dokumentów światowym mediom. Zamiast tego wybiera doświadczonych dziennikarzy, których zadaniem jest napisanie rzetelnych artykułów.

Reżyserka dostarcza nam swego rodzaju szpiegowskiego thrilleru, który  dotyczy jednak prawdziwego życia. W swoim obrazie nie zamierza balansować na opinii za czy przeciw Edwardowi Snowdenowi. W sercu Citizenfour jest portret mężczyzny, który w imię swoich przekonań zdradził tajemnice, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Skutkiem był międzynarodowy skandal. Poitras okiem kamery uchwyciła osobliwy moment w historii. Została wybrana przez samego bohatera tego zamieszania. Niezależnie czy jest to dla nas film dokumentalny roku czy też nie, warto spojrzeć z nowej perspektywy na temat wydawałoby się wyczerpany już przez świat mediów i rządzących.

sobota, 16 maja 2015

Sól Ziemi (2014)/ 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FF



Na samym wstępie muszę przyznać, że nigdy nie byłam szczególnie zainteresowana kinem dokumentalnym. Znalazł się jednak taki, który rozbudził moją ciekawość i sprawił, że mam ochotę sięgnąć po więcej. To właśnie "Sól Ziemi", wyreżyserowany przez Wima Wendersa i Juliano Ribeiro Salgado. Ten pełnometrażowy dokument to nie tylko opowieść o życiu i pracy brazylijskiego fotografa Sebastiao Salgado, to także wspomnienie wydarzeń minionego wieku, próba zrozumienia otaczającego nas świata i okazja do refleksyjnej podróży w głąb samego siebie.
  
 W ciągu pierwszych kilkunastu minut poznajemy krótki życiorys głównego bohatera. Z wypowiedzi jego ojca wyłania się obraz nieco niepokornego poszukiwacza, nigdy niepoddającego się odkrywcy. Sebastiao wyjeżdża ze swojej rodzinnej miejscowości, kończy studia, bierze ślub i czeka na narodziny dziecka. Jego żona kupuje aparat i to właśnie ona znajduje się na pierwszym wykonanym przez niego zdjęciu. Właśnie tak rozpoczyna się ta historia...
  
 Esencją tej produkcji są fotografie, przedstawiane chronologicznie, kolejnymi realizowanymi projektami. Większość z nich dotyczy poszczególnych społeczności i ich życia. Zobaczymy zarówno Indian Zo'e, Ekwadorczyków, ludzi przy ciężkiej pracy, jak i ciała strawione przez wyniszczającą chorobę i dziecięce trumienki. W filmie wspomina się o tym, że fotograf to "człowiek opowiadający o świecie za pomocą świateł i cieni." Trudno się z tym nie zgodzić, bo choć zdjęcia są czarno-białe, to grzechem byłoby zarzucić im bezmyślność. Każde z nich skrywa unikalną, poruszającą historię, często bezimiennych ludzi. 
  
 Poruszono także problem zgody z naturą. Aby tego dokonać, należy sobie przede wszystkim uświadomić, że jest się jej częścią. Sebastiao Salgado opowiada o wyjątkowych momentach, kiedy namacalnie czuje się więź łączącą z innymi zwierzętami, jak choćby w przypadku dającego się pogłaskać wieloryba. Niemożliwe staje się możliwe, gdy udaje się zasadzić las na miejscu wyciętego, odtwarzając zniszczony wcześniej ekosystem. 
  
 Na uwagę zasługuje także muzyka, skomponowana przez Laurenta Petitganda. Jest urzekająca, ale nie na tyle by mieć przewagę nad obrazem. Nie powoduje uczucia przesytu, okazuje się wręcz idealnie dobrana.
  
 Reasumując, "Sól Ziemi" to film dla każdego, kto chciałby na chwilę się zatrzymać i przemyśleć kim jest i do czego dąży. Już na początku pada zdanie, które znakomicie podsumowuje kwintesencję tego obrazu: "After all, people are the salt of the earth". Jesteś bowiem jednym z elementów tego świata i jako sól ziemi, sam nadajesz mu znaczenie.
             

piątek, 15 maja 2015

Rozważania o przemocy (2014) / 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FILM FESTIVAL


Rozważania o przemocy to film dokumentalny, którego rdzeniem jest książka psychiatry i działacza politycznego Frantza Fanona, Wyklęty lud ziemi z 1961 roku. Autor bada psychologiczny wpływ kolonizacji na kondycję narodu oraz konsekwencje i warunki budowy ruchu antyimperialnego. Jego wnikliwe badania i obserwacje posłużyły do zrealizowania filmu, który daleki jest od stereotypowego podejścia do niewolnictwa, kolonizacji, a przede wszystkim tematu przemocy.

Reżyser obrazu, Göran Olsson nurkuje w otchłań archiwalnych materiałów związanych z ruchami rewolucyjnymi w Angoli, Liberii, Rodezji czy Mozambiku; płynnie przeplatając je z narracją piosenkarki Lauryn Hill, jako swoistego głosu autorytetu w tle. Ilustracja dydaktyczna połączona ze słowami Fanona głoszącego, że kolonializm to siła niszcząca, pełna bezpodstawnej przemocy tworzy bardziej ciekawy wykład niż film. Poza krótką i bezkrytyczną przedmową profesor Gayatri Chakravorty z Uniwersytetu  Columbia, twórca  nie docieka próby interpretacji książki, której problematyka po dziesięcioleciach mogłaby domagać się ponownej reinterpretacji i świeższego spojrzenia.

Sama tematyka dokumentu oscyluje w uniwersum sytuacji „Czarnego wśród Białych”, ze wszystkimi jej implikacjami i konsekwencjami. Śledzimy rozważania dotyczące kształtowania się nowych form stosunków społecznych, uwalniania się od anachronizmów, a przede wszystkim od wszechdominacji kolonialnej krajów Trzeciego Świata. Idąc dalej autor zauważa kształtowanie się nowego narodu, bardziej świadomego i zintegrowanego. Uracza nas przemyśleniami na temat dekolonizacji i jej różnych dróg. W centrum stawia człowieka i trudny proces zmiany postrzegania go z „rzeczy skolonizowanej” do jednostki ludzkiej. Nie będzie on jednak możliwy bez odwrócenia i zlikwidowania sytuacji kolonialnej. Uważa, że aby tego dokonać na poziomie drogi mentalnej, psychicznej (która jest podstawą) należy użyć przemocy – jako niezbędnego sposobu usunięcia skutków wiekowej przemocy kolonialnej. Fanon uważa to za istotę rewolucji, która jako jedyna może uleczyć świadomość narodów Trzeciego Świata.

Film opowiada o skomplikowanej historii kolonialnej w Afryce, z widokiem na takie obszary jak RPA, Rwanda czy Kongo. Słowa Fanona służą do uzasadnienia i poprowadzenia widzów przez ciemne karty tej historii – bez zbędnych maksym o pokoju, miłości i zrozumieniu. Obraz to swoisty akt oskarżenia wypowiedziany przez ofiary kolonializmu, skierowany do dzisiejszej Europy. Rozważania o przemocy kończą się wezwaniem do działania i tworzenia nowej przyszłości dalekiej od utartych szlaków europejskich.


PIXADORES (2014) / 12TH DOCS AGAINST GRAVITY FILM FESTIVAL


Zwykło się mówić, że wolność jest niezbywalnym i przyrodzonym prawem człowieka – daje nadzieję, jest niezgodą na ograniczenia, buntem przeciw kajdanom nakładanym na nas na rozmaite sposoby. Jest to wartość uniwersalna, ponadczasowa, która od zawsze inspirowała twórców. Tworzą oni w duchu artystycznej wolności, formułując swoje poglądy – często podważają obowiązujące schematy, przyglądają się krytycznie światu, poruszają tematy ważne. Taki artystami są właśnie Pixadores. Ryzykują życie, wspinając się na najwyższe budynki lub skacząc po rozpędzonych pociągach, by wyrazić swój bunt i niezadowolenie. Bronią, która umożliwia im przełożenie myśli i emocji na obrazy jest Pixação. To specyficzny, anarchistyczny model graffiti zdobiący ściany i budynki charakterystycznymi rysunkami przy pomocy spray’u w skomplikowanych, niebezpiecznych warunkach. W ten sposób Pixadores pozostawiają po sobie wyraźny ślad, chcąc jednoczenie dokonać zmian w otaczającej ich rzeczywistości.

Pixadores w reżyserii debiutującego w tej roli Amira Escandari portretuje historię czterech młodych mężczyzn: Djana, Williama, Ricardo i Biscoito. Wszyscy od urodzenia mieszkają w biednej faweli Sabão na obrzeżach São Paulo. Codziennie zmagają się z wieloma trudnościami i brakiem perspektyw na przyszłość. Mają jednak cel. Wykorzystując Pixação, są głosem ludzi, którzy tak samo jak oni przeciwstawiają się obowiązującemu w ich kraju systemowi i panującej polityce.


Dokument otwiera cytat Djana, który wspomina, że kiedy nie ma sprawiedliwości, zawsze będzie niezadowolenie i ściana Pixação, która jest jego symbolem. W duchu tej myśli przenikamy kolejne kadry tej fascynującej opowieści. Śledzimy codzienne życie i sztukę. Mamy wgląd na to, co wpłynęło i ukształtowało naszych bohaterów i ich światopogląd.  Obserwujemy ich w pracy, w domach z rodzinami, poznając ich indywidualne historie. Słyszymy osobiste rozterki i ciężary, które noszą każdego dnia. Są to zwykli ludzi, którzy pragną zmian. Ale przede wszystkim nie boją się marzyć. Targają nimi liczne obawy, ale najbardziej obawiają się bycia niewidocznymi dla świata – jako zwykli ludzie i artyści. Ich osobowości, choć zróżnicowane, tworzą razem charakterystyczny styl tego, co ich nierozerwalnie łączy – artystycznego protestu. Są poszukiwaczami mocnych wrażeń. Pod osłoną nocy toczą walkę z represją i niesprawiedliwym systemem. Wspinają się bez żadnych zabezpieczeń na wysokie budynki, by dać wyraz swojej złości. Uciekają od szarości dnia do blasku nocy, która daje im upragnioną wolność. Wolność, która wyłania się z malowania. Nie ma dla nich żadnych ograniczeń czy zasad do przestrzegania. Przesuwają granice, tworząc swoją sztukę. Pokazali to w Berlinie, gdzie zostali zaproszeni w uznaniu swoich osiągnięć i jak na ironię ich sztuka została tam utożsamiona z wandalizmem. Dzieje się tak, kiedy zaczynają tworzyć poza wyznaczonym do tego celu miejscem. Muszą pogodzić się z niezrozumieniem i brakiem akceptacji dla większości swoich idei. Przekraczając obowiązujące kanony zachowania i normy społeczne, muszą liczyć się z ceną, którą przyjdzie im zapłacić.

Amir Escandari na swój reżyserski debiut wybiera czarno–białe kadry, które często są kluczem do filmowej nostalgii i ujmującej prostoty. Poetyka, którą stosuje twórca z jednej strony dyktuje wolne, niespieczone tempo następujących po sobie scen, z drugiej każda z nich mogłaby, po dodaniu podkładu muzycznego, stworzyć teledysk. Dokładne, precyzyjne kadry sprawiają wrażenie bardziej filmu fabularnego niż dokumentu. Nie stanowi to jednak problemu w końcowym odbiorze dzieła. Nadaje mu jedynie specyficzny klimat i smak. Escandari nie stawia pytania, czy Ci młodzi ludzie powinni to wszystko robić. Zamiast tego pozwala im mówić. Idą gdzie chcą, robią co chcą, malują gdzie chcą. Żyją tak, jakby miał to być ich ostatni dzień.

Twórca mógłby pokazać trudny obraz faweli, aby uświadomić publiczności, jak ciężkie jest tam życie. Tworzy jednak unikalne portrety jednostek walczących przeciwko nierówności. Jest to fascynujące i inspirujące spojrzenie na świat artystów Pixação, które przykuwa uwagę od samego początku do ostatnich minut projekcji. To ekscytująca przygoda, którą przeżywamy wraz z jej bohaterami.


czwartek, 14 maja 2015

W PIWNICY (2014) / 12th DOCS AGAINST GRAVITY 2015

Wydawałoby się, że w piwnicy przechowujemy te przedmioty, których już nie potrzebujemy. Jednak obraz, który przedstawia nam austriacki reżyser, Ulrich Seidl, jest zupełnie inny, momentami nawet zaskakujący. Sam tytuł W piwnicy może rodzić kontrowersje, ponieważ reżyser postanawia nawiązać do mrocznego odkrycia piwnicy Josepha Fritzla, który przez 24 lata więził swoją córkę, gwałcąc i zmuszając do urodzenia 7 dzieci.




Tym razem Ulrich Seidl mówi: pokaż mi swoją piwnicę, a powiem, ci kim jesteś. Okazuje się, że piwnica jest miejscem tajemniczym. Może znaleźć się w niej dosłownie wszystko. To, co robią Austriacy w swoich piwnicach mówi o nich znacznie więcej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Reżyser zagląda mieszkańcom pod podłogę i w ten sposób chce nam opowiedzieć o człowieku, o Austrii, o świecie. Piwnica jest sferą prywatną. To w tym miejscu Austriacy spędzają dużo wolnego czasu. Zapewne więcej niż we własnym salonie, który istnieje tylko na pokaz. Być może też jest odskocznią od codzienności lub ucieczką od otaczającej rzeczywistości. Paradokument wyraźnie pokazuje, że Austriacy lubią swoje piwnice i bardzo o nie dbają, bo są w stanie wydać dużą sumę pieniędzy na ich wyposażenie. Reżyser ukazuje w kilkunastu przeplatających się epizodach mieszkańców spokojnych, z pozoru niczym nie wyróżniających się.
W tym paradokumencie widzimy skrajnie różne obrazy. Zagłębiamy się w ludzką fantazję, która nie zna granic. Od wielbiciela węży, który w terrarium trzyma olbrzymiego białego pytona i obserwuje jak ten w błyskawicznym tempie połyka chomika aż do miłośnika instrumentów dętych i jednocześnie posiadacza muzeum Trzeciej Rzeszy z obrazami Hitlera w tle. Dla innych ludzi piwnica jest zwykłym magazynem albo galerią myśliwskich trofeów.
Im niżej reżyser schodzi z kamerą, tym więcej poznajemy mrocznych zakamarków dusz Austriaków. Piwnice Seidla są także pewną metaforą miłości. Wykorzystywane między innymi do realizacji seksualnych marzeń, potrzeb i namiętności. Poznajemy kolejnych bohaterów, którzy opowiadają nam o kulisach swojego życia seksualnego. Reżyser wybrał takich rozmówców, którzy mają dość specyficzne i perwersyjne upodobania. Te piwnice można nazwać piekiełkami sadomasochistycznymi. Dominująca kobieta i jej niewolnik „pan-świnia” są uwieńczeniem tego filmu paradokumentalnego. Ich zadziwiające, a nawet szokujące praktyki seksualne oglądamy jak zahipnotyzowani. Nie tylko tym przykładem Seidl wytyka ludzkie ułomności i wypaczenia. Epizody patologii przerywane są tymi z pozoru normalnymi. Ktoś ma w piwnicy salon, ktoś inny basen, siłownię, pralnię, barek.
Reżyser skupia się na miejscach ekscesu, odchylenia od normy. Z dużym krytycyzmem ujawnia upodobania Austriaków. Z jednej strony można mu zarzucić, że właściwie nie przedstawia nic nowego. Przecież tam, gdzie czegoś nie widać, mogą dziać się różne rzeczy, niekoniecznie poprawne i ładne. Z drugiej strony film jest spojrzeniem na człowieka z jego potrzebą spełnienia, samorealizacji. Każdy ma jakiś cel, do którego dąży. Dla niektórych piwnica jest miejscem realizacji tych marzeń. W piwnicach austriackich domów widzimy innych ludzi. To także miejsce intymne, które ukazuje ludzkie pasje i upodobania, ale też mroczne dewiacje i zboczenia.
Ulrich Seidl w sposób tragikomiczny opowiada o tym, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Jest obserwatorem, który pokazuje ogólne obrazy Austriaków poprzez eksponowanie szczegółów. Ogromną rolę odgrywają w tym paradokumencie surowe, proste i rygorystycznie oświetlone zdjęcia Martina Gschlachta, które trafiają do odbiorcy znacznie silniej niż pokazywane na ekranie sugestywne postaci.   

sobota, 9 maja 2015

NADEJDĄ LEPSZE CZASY (2014) + SPOTKANIE Z HANNĄ POLAK / DOCS AGAINST GRAVITY 2015


Indywidualizm, talent, szczere i głębokie spojrzenie na rzeczywistość  to jedne z wielu słów, którymi możemy zdefiniować twórczość polskiej artystki Hanny Polak. Znana i ceniona na całym świecie swoją przygodę z X muzą rozpoczęła wiele lat temu, studiując najpierw na Wydziale Aktorskim i Wiedzy o Teatrze w PWST, potem na Wydziale Operatorskim moskiewskiego W.G.I.K. pod okiem Wadima Jusowa - wybitnego operatora najznakomitszych twórców rosyjskiego kina. Podczas swojej wieloletniej kariery otrzymała szereg prestiżowych nagród i wyróżnień, w tym nominację do Oscara za film Dzieci z Leningradzkiego w 2005 roku. Swoją aktywność artystyczną nie ogranicza jedynie do reżyserii. Jest również producentem, scenarzystą, operatorem i fotografem. W 1997 roku stworzyła fundację Aktywna Pomoc Dzieciom (ang. Active Child Aid) współpracującą z UNICEF, w ramach której działa na rzecz rosyjskich dzieci ulicy. W kolejnych latach poszerzyła swoją działalność o takie kraje jak Polska, Norwegia, Szwecja oraz Anglia.

Rosja stała się artystce bardzo bliska odkąd w 1995 roku przyjechała do Moskwy. Początkowo z grupą znajomych zaczęła pomagać starszym ludziom. Później jej życiowa droga przecięła się z losem bezdomnych dzieci. Spotkanie to było na tyle poruszającym doświadczeniem, że powstał pomysł nakręcenia filmu. Dzieci z Leningradzkiego realizowane były dwa lata przez Hannę Polak i Andrzeja Celińskiego. Obraz opowiada o losach dzieci porzuconych przez rodziców, uciekinierów z domu rodzinnego bądź z domu dziecka, tułających się i walczących o przetrwanie na Dworcu Leningradzkim. Twórcy nie mieli żadnego finansowanego wsparcia, mogli liczyć jedynie na najbliższych przyjaciół i swoje umiejętności. Zdjęcia realizowane były często niewielką kamerą cyfrową bez pomocy ekipy filmowej. Musieli zmierzyć się także z rozterkami natury moralnej i etycznej. Dzieci bardzo szybko zaakceptowały ten projekt, ponieważ znały wcześniej reżyserkę i darzyły ją zaufaniem. Na planie twórcy filmu zetknęli się ze skrajną nędzą i licznymi nałogami. Byli świadkami drastycznych scen bijatyk i  śmierci. Aby nakręcić ten dokument, nie ingerując w filmowaną rzeczywistość, musieli zaakceptować rzeczy, których normalnie się nie akceptuje. Dokument miał na celu nagłośnienie i zwiększenie świadomości społecznej na temat sytuacji bezdomnych dzieci i młodzieży. Był swego rodzaju krzykiem o pomoc, który się opłacił. Zainteresowała się nim stacja HBO, która pomogła przepisać go na taśmę filmową i w sierpniu 2004 r. odbyła się jego kinowa premiera.


Już na kilka lat przed docenionymi Dziećmi z Leningradzkiego Polak zaczęła dokumentować na taśmie filmowej życie młodych ludzi żyjących na wysypisku śmieci na obrzeżach Moskwy. Od 2000 roku przed kolejne czternaście lat towarzyszyła Julii, wówczas dziesięcioletniej dziewczynce. Z zebranych materiałów powstał dokument Marzenie Julii, który jest opowieścią o dorastaniu i marzeniach o przyszłości z dala od miejsca, w którym żyje bohaterka. Jej domem jest Swałka, największe składowisko odpadów w Europie, zaledwie 20 km od stolicy Rosji. Kamera towarzyszy dziewczynie i innym mieszkańcom w różnych okresach ich dramatycznego losu. To intymny portret życia w bardzo trudnych warunkach, a także ludzi będących poza nawiasem społeczeństwa. Sama autorka w jednym z wywiadów mówi: Myślę, że to bardzo uniwersalna historia, która opowiada o pięknie człowieczeństwa, które przejawia się nawet w najbardziej upokarzających warunkach, a może właśnie na przekór wszystkiemu widać je bardziej wyraziście na tle tego horrendum, które się tam odbywa. Dla mnie ten film opowiada też o nas samych. Projekt ten jest również unikalny, ponieważ powstawał na przestrzeni 14 lat[1].

Tłem dla obrazu stają się historyczne i polityczne wydarzenia w Rosji, które umieszczają bohaterów w czasie i przestrzeni, a co za tym idzie widz ma szansę lepiej zrozumieć ich sytuację. Jak wspomina Hanna Polak nie jest to jednak film polityczny. Jest to opowieść uniwersalna, która może, a nawet zdarza się w innych miejscach na świecie. Tak samo jak w przypadku Dzieci z Leningradzkiego tak i w przypadku tego filmu bardzo znacząca była chęć, aby ludzie na świecie mieli świadomość problemu – wielu młodych żyje i umiera na ulicach czy wysypiskach – i starali się go rozwiązać.
Marzenie Julii swoją światową premierę miało w listopadzie zeszłego roku podczas  Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych IDFA w Amsterdamie. Festiwal ten uważa się za jeden najważniejszych festiwali kina dokumentalnego na świecie. Cieszy to tym bardziej, gdyż obraz otrzymał Specjalną Nagrodę Jury. Teraz i polscy widzowie będą mieli okazję poznać historię Julii i jej towarzyszy oraz  przekonać się o niezwykłej wrażliwości estetycznej i szczeremu spojrzeniu na trudny temat Hanny Polak. Docs Against Gravity zaprasza na znakomity dokument i spotkanie z artystką (13.05, godz. 17:30 / Kino Orzeł).